Добавил:
Опубликованный материал нарушает ваши авторские права? Сообщите нам.
Вуз: Предмет: Файл:

Польский язык. Начальный курс

.pdf
Скачиваний:
3
Добавлен:
07.09.2026
Размер:
2 Мб
Скачать
☆
Notes
Тексты для чтения 231
Śmiejesz się, lecz coś tkwi poza tem. Patrzysz w niebo na rzeźby obłoków... Przecież ja jestem niebem i światem? Sam mówiłeś przeszłego roku...
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Znalazłem w starym notesie Numery telefonów Umarłych przyjaciół, Adresy spalonych domów. Cyfry nakręcam. Czekam. Telefon dzwoni. Ktoś podnosi słuchawkę. Cisza. Oddech słyszę. A może szept ognia.
Antoni Słonimski
Wrażenia z teatru
Najważniejszy w tragedii jest dla mnie akt szósty: zmartwychwstawanie z pobojowisk sceny, poprawianie peruk, szatek, wyrywanie noża z piersi, zdejmowanie pętli z szyi, ustawianie się w rzędzie pomiędzy żywymi twarzą do publiczności.
Ukłony pojedyńcze i zbiorowe: biała dłoń na ranie serca, dyganie samobójczyni, kiwanie ściętej głowy.
232 В. И. Ермола. Польский язык. Начальный курс
Ukłony parzyste: wściekłość podaje ramię łagodności, ofiara patrzy błogo w oczy kata, buntownik bez urazy stąpa przy boku tyrana. Deptanie wieczności noskiem złotego trzewiczka. Rozpędzanie morałów rondem kapelusza. Niepoprawna gotowość rozpoczęcia od jutra na nowo. Wejście gęsiego zmarłych dużo wcześniej, bo w akcie trzecim, czwartym oraz pomiędzy aktami. Cudowny powrót zaginionych bez wieści.
Myśł, że za kulisami czekali cierpliwie, nie zdejmując kostiumu, nie zmywając szminki, wzrusza mnie bardziej niż tyrady tragedii.
Ale naprawdę podniosłe jest opadanie kurtyny i to, co widać jeszcze w niskiej szparze: tu oto jedna ręka po kwiat spiesznie sięga, tam druga chwyta upuszczony miecz. Dopiero wtedy trzecia, nie widzialna, spełnia swoją powinność: ściska mnie za gardło.
Wisława Szymborska
Krytyk i minister
— Co sądzicie o nowej powieści Zbysława Szproty? — spytał mini-
ster.
— Nową powieść Szproty uważam za dobrą, ministrze — odpowie-
dział krytyk. Minister pokręcił głową.
— To jest, w pewnym sensie dobrą — poprawił się krytyk. Minister
pokręcił głową.
— W pewnym sensie dobra, to znaczy dobra dla wąskiej grupy ka-
wiarnianych intelektualistce Minister pokręcił głową.
Тексты для чтения 233
— Raczej dla publiczności o niewybrednym guście, źle się wyraziłem. Minister pokręcił głową.
— A w ogóle to zła powieść, panie ministrze. Minister pokręcił głową.
— Przy czym nie należy jej całkowicie potępiać. Minister pokręcił głową.
— Strasznie niewygodny ten kołnierzyk — powiedział.
Stefania Grodzieńska
Fotografuję się
Proszę sobie wzobrazić, miałam takie szczęście, że mi się udało wkrę­cić na wycieczkę za granicę. Tylko że do tego trzeba mieć kupę fotografii. Więc poszłam do fotografa i mówię:
— Proszę sobie wzobrazić, miałam takie szczęście, że mi się udało wkręcić na wycieczkę za granicę. Tylko że do tego trzeba mieć kupę fotografii. Więc może by mi pan zrobił taką kupę fotografii.
Ten fotograf powiedział, że dlaczego nie, od tego on tu jest, i poprosił mnie do atelier. Muszę się przyznać, że bardzo nie lubię się fotografować. To dlatego że nie mamy dobrych fotografów. W ogóle u nas rzemiosło upada, a specjalnie fotograficzne. Jeszcze niedawno byli u nas tacy świetni fotografowie, a teraz brakoróbstwo. Wystarczy porównać moje zdjęcie sprzed dziesięciu lat i obecne.
Ale trudno, trzeba to trzeba. Siadam w tym atelier, a ten fotograf już łapie za aparat.
— Panie! — mówię — co pan, prosto z ulicy chce mnie pan fotografo­wać? Musze się chociaż trochę przetargać! Zdjęcie idzie do zagranicznego paszportu i zaraz tam powiedzą, że u nas fryzjerów nie ma.
Musiałam mu dobrze nadepnąć na tę dumę narodową, bo dał mi lusterko, żebym się ładnie potergała.
— Myślę, żeby tę całą grzywkę kopnąć do góry — mówię — to tak szlachetnie będzie. Co?
— Niech pani kopnie — powiada ten fotograf.
Kopnełam grzywkę do góry, patrzę do lustra — coś okropnego!
234 В. И. Ермола. Польский язык. Начальный курс
— Pięknie mi pan poradził, wyglądam jak nauczycielka matematyki.
Zgrabię to wszystko w dół. Co?
— Niech pani zgrabi — powiada fotograf. Zgrabiłam w dół, patrzę — strasznie.
— Co z pana za fachowiec, każe mi pan z grzywką w dół, teraz wyglądam jak nauczycielka śpiewu. Może pół strząchnąć na dół, a pół strząchnąć do góry, co?
— Niech pani strzącha.
Strząchnełam pół na dół i pół do góry i usiadłam.
— No, niech pan fotografuje — mówię — nie przyszłam tu nocować. Na co pan czeka.
A ten fotograf wziął i oświetlił mnie reflektorem z góry.
— Chwileczkę! Co pan, z góry mnie pan oświetla? Nie widzi pan, że mi się od tego zmarszczki robią?
No to oświetlił mnie... z dołu!
— Panie, czy pan pierwszy raz w życiu fotografuje? Z dołu mnie pan oówietla, oczy mi się od tego robią wpadnięte.
— Nic się pani nie robi. Oczy pani ma i tak wpadnięte.
No to się uspokoiłam.
Więc ten fotograf obraca mnie z lewej strony i łapie za aparat.
— Zaraz — mówię — co mnie pan z lewej strony ustawia, czy pan nie widzi, jaką mam twarz?
On mi się przyjrzał i powiada:
— Twarz jak twarz.
— No pewnie że jak twarz! A jak co ma być? Ale oko lewe mam mniejsze. Niech pan zrobi z prawej strony, prawe zato mam większe. Ale zaraz, z prawej strony nos mam znowu krzywy. Z lewej nos mam prosty, ale oko mam mniejsze. To może en face Zdjęcie do dokumentów musi być jak nocne naczynie: z jednym uchem. Bez ucha nieważne.
— Niech będzie z uchem — zgodził się fotograf.
— A jaki wyraz twarzy pan by radził? Może poważnie? Chociaż to nie ma być zdjęcie na emaliowaną tabliczkę na grób, tylko na wesołą wy­cieczkę Orbisu. Taki urzędnik w biurze paszportowym obejrzy i powie: «Na katorgę ją wysylają, że taka wściekła? Jedzie dla własnej przyjemno­ści, państwo jej ułatwia, a ona mordę krzywi. Wszystko jej mało». I mogą
? Chociaż en face nie wolno.
Тексты для чтения 235
nie puścić. Już były takie przypadki. Może lepiej z uśmiechem. Uśmiech mam dość awantażowy. Tylko że to w zasadzie nie ma być zdjęcie na pamiątkę dla narzeczonego, tylko do poważnego dokumentu. Weźmie celnik na granicy paszport z takim zdjęciem do ręki i powie: «A ta czego znowu taka zadowolona? Ciekawe, co ona wiezie, że taka zadowolona. Pewno ma bryliant w nosie». I może nie puścić. Więc co pan radzi?
— Mam pomysł — powiedział ten fotograf. — Zrobię pani zdjęcie jak
Łunnik księżycowy: po ciemku i od tyłu.
I tak zrobił. Potem wszyscy mówili, że dawno już nie miałam takigo
dobrego zdjęcia.
Sławomir Mrożek
Słoń
Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. Zwie­rzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. Nie dbał także o należytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzieży. Żyrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję, borsuk nie posiadał nawet swojej nory, świstaki, zobojętniałe na wszystko, świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca, tym bardziej że ogród bywał często odwiedziany przez wycieczki szkolne.
Był to ogród prowincjonalny, brakowało w nim kilku podstawowych zwirząt, między innymi słonia. Usiłowano go na razie zastąpić, hodując trzy tysiące królików. Jednak w miarę jak rozwijal się nasz kraj — pla­nowo uzupełniało braki. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie, że przydział słonia został ostatecznie załatwiony. Pracownicy ogrodu, szczerze oddani sprawie, ucieszyli się. Tym większe było ich zdziwienie, kiedy dowiedzieli się, że dyrektor napisał do Warszawy memoriał, w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym.
«Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę, że słoń jest wiel­kim ciężarem na barkach polskiego górnika i hutnika. Pragnąc obniżyć koszty własne, proponuję zastąpić słoniawymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. Możemy wykonać słonia z gumy, w odpo­wiedniej wielkości, napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie.
236 В. И. Ермола. Польский язык. Начальный курс
Starannie pomalowany, nie będzie się odróżniał od prawdziwego, nawet przy najbliższych oględzinach. Pamiętajmy, że słoń jest zwierzęciem ociężałym, nie wykonuje więc żadnych skoków, biegów i nie tarza się. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą, że jest to słoń szcze­gólnie ociężały. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób, możemy obrócić na budowę nowego odrztowca albo konserwację zabytków kościelnych. Proszę zwrócić uwagę, że zarówno inicjatywa jak i opracowanie projek­tu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. Pozostaję uniżenie» — i podpis.
Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika, który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy, ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obniżki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą, dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy, którł następnie wypełniać miano powietrzem.
Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji, cała praca musiała być ukończona w ciągu mocy. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się już, że ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. Poza tym dyektor naglił, ponieważ spodziewał się premii, o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem.
Zamknęli się w szopie, w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. Jednak po dwch godzinach wysiłku stwierdzili, że szarapowłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą, tworząc bul­wiasty, spłaszczony kształt, w niczym jeszcze nie przypominający słonia. Noc postępowała, głosy ludzkie uciszyły się, jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakała. Zmeczęni, przerwali na chwilę pilnując, żeby powitrze już nadmuchane nie uciekło. Byli starsi ludzie, nie przyzwyczajeni do takiej roboty.
— Jak tak dalej pójdzie, skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. — Co ja powiem żonie, kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecież, jeżeli jej powiem, że przez całą noc nadmuchiwałem słonia.
— Rzeczywiście — zgodził się drugi. — Słonie nadmuchuje się rzad­ko. Wszystko przez to, że nasz dyrektor jest lewak.
Po dalszej półgodzinie poczul się zmęczeni. Kdałub słonia powięk­szył się, ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów.
Тексты для чтения 237
— Coraz ciężej idzie — stwierdził pierwszy. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. — Ja po grudzie. Odpocz-
nijmy trochę.
Kiedy odpoczywali, jeden z nich zauważył kurek gazowy, wystający ze ściany. Pomxślsł, czy nie dałoby się wypełnić slonia do reszty gazem — zamiast powietzrem. Powiedział o tym koledze. Postanowili zrobić pró­bę. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu już po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokści. Było jak żywe. Zwa­listy tułów, słupiaste nogi, wielkie uszy i nieodłączna trąba. Dyrektor, nie zmuszany już do liczenia się z żadnymi względami, a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałeho słonia — postarał się, żeby model był bardzo duży.
— Pierwszorzędny — oświadzył ten, który wpadł na pomysł z ga­zem. — Możemy iść do domu.
Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wy­biegu, w centralnym punkcie, koło klatki z małpami. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. Przed nim umieszczono tablicę: «Szczególnie ociężały — w ogóle nie biega».
Jednymy z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły, przyprowadzeni przez nauczyciela. Nauczyciel zamierzał prze­prowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład:
— …Słoń jest roślinożerny. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści.
Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. Cze­kali, żeby słoń wyrwał jakieś drzewko, ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu.
— ...Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych już dzisiaj ma­mutów. Nic więc dziwnego, że jest największym z żyjących zwirząt lądowych.
Pilniejsi uczniowie notowali.
— ...Tylko wieloryb jest cięższy od słonia, ae ten żyje w morzu. Możemy więc śmiało powiedzieć, że królem puszczy jest słoń.
Przez ogród powiał lekki wiatr.
— ...Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów.
238 В. И. Ермола. Польский язык. Начальный курс
Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze. Prze chwilę kołysał się tuż nad ziemią, ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potężną postać na tle błękitu. Jeszcze chwila i mknąc coraz wyżej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krążkami rozstawionych stóp, pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. Potem, niesiony przez wiatr poziomo, pożeglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. Osłupiałe malpy patrzyły w niebo.
Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym, gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł.
A uczniowie, którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym, opuścili się w nauce i stali się chuliganami. Podobną piją wódkę i tłuką szyby. W słonie nie wierzą w ogóle.
Janusz Leon Wiśniewski
Bikini
(fragment)
Drezno, Niemcy, wczesny ranek, środa, 14 lutego 1945 roku Obu­dzila ją cisza.
Nie otwierajac oczu, wsunęła powoli dłoń pod sweter. Serce bilo. Zagryzla wargi. Potem mocniej. Jeszcze mocniej. Gdy poczula słony smak krwi, otworzyła oczy. Żyla... — Opowiesz mi bajke? Przyniose ci za to wody. Albo nawet papierosa. Opowiesz? Odwróciła głowę w kierunku, z którego dochodził głos. Dwoje okrągłych, niebieskich oczu wpatrywało się w nią uważnie. Uśmiechnęła się. — Może być ta sama, co wczoraj — nalegał. Podniosła rękę i bez słowa zaczęła delikatnie gładzić potargane włosy na głowie chłopca. — Bajek nie opowiada się rano — wyszep­tała — bajki opowiada się wieczorem. Chłopiec nachylił się nad nią i pocałował ją w czoło. Strzępy słomy z jego jasnych włosów opadły na jej twarz, wpadając do oczu i przyklejając się do krwi na wargach. — Wiem, ale dzisiaj wieczorem muszę się modlić. Poza tym przez te samoloty nic nie słychać. Lepiej mi teraz opowiedz. Zanim umrzemy... Poczuła nagle znajome ukłucie pod obojczykiem. Tylko Markus mogł powiedzieć coś takiego tak... no tak... no właśnie, do diabła, jak?! Tak na marginesie. Tak
Тексты для чтения 239
absolutnie nieznacząco. Na wydechu, o wiele ciszej niż główne zdanie, prawie szeptem, z nadzieją, że może jednak nikt tego i tak nie usłyszy. «Zanim umrzemy». Jak gdyby mówił o gazecie wcale nie tej z wczoraj, ale o tej sprzed tygodnia! Dlatego zawsze wsłuchiwała się w Markusa do ostatniego dźwięku. Nauczyła się tego przed rokiem, gdy razem z Heidi i Hinnerkiem kradli czereś- nie z ogrodu Zeissow...
Dr Albrecht von Zeiss miał szklane oko, które zasłaniłl owalną, skó­rzaną przepaską zawiązywaną na łysinie z tyłu głowy, krótkie, krzywe nogi, ogromny brzuch i według Markusa był najbrzydszym i jedynym «piratem bez szyi», jakiego znał. Odkąd tylko pamięta, zawsze chodził ubrany w galowy, czarny mundur SS i brunatną koszulę. Zawsze też nosił czarny krawat i czerwoną przepaskę ze swastykę na lewym ramieniu. Nawet gdy wychodził tylko do ogrodu lub na spacer ze swoim wilczu­rem. Patrząc na Zeissa, można było pomyśleć, że Hitler ma urodziny każdego dnia. Płot otaczający posiadłość Zeissów graniczył bezpośred­nio z podwórzem kamienicy, w której mieszkała. Przy Grunaer Strasse 18, w centrum Drezna. Nikt tak do końca nie wiedział, jak to się stało, że w samym środku miasta za budynkami przy głównej, dwupasmowej ulicy znajdowała się willa z ogromnym ogrodem. Rodzice pytani o to ściszali głos, machali tylko ręką lub żartując, kazali zapytać samego Zeissa. Któregoś popołudnia w czerwcu Markus — miał wtedy siedem lat — podszedł pod płot ogrodu i krzyknął piskliwym głosikiem do Ze­issa przycinającego krzaki róz: — Dlaczego ma pan taki duży dom, a my mamy przez to takie małe podwórko? Na podwórku zapadła grobowa cisza. Zeiss zrobił się czerwony na twarzy, rzucił ze złością nożyce na trawę, poprawił opaskę na oku, zapiął guziki munduru i zbliżył się do Markusa, wypychając swoim ogromnym brzuchem płot. — Jak się na­zywasz, szczeniaku? Nazwisko! — wycedził w kierunku chłopca. Mały Markus z twarzą przyciśniętą do płotu tuż pod brzuchem Zeissa stanął na baczność, zadarł głowę do góry i z całych sił wykrzyknął: — Nazy­wam się Markus Landgraf, jestem Niemcem i mieszkam w Dreźnie, na drugim piętrze. Pamięta, że wszyscy — podwórko było tego słonecznego popołudnia pełne dzieci i dorosłych — wybuchnęli gromkim śmiechem. Zeiss wyglądał jak człowiek w ataku furii. Zacisnął dłonie na kolczastym drucie płotu, do twarzy napłynęła mu krew, było widać wyraźnie, jak drżą mu szczęki i na wargach pojawia się biała piana. Po chwili bez slowa odwrócił się i ruszył nerwowym krokiem w stronę domu. W pewnym
240 В. И. Ермола. Польский язык. Начальный курс
momencie potknął się o metalowy kosz stojący pod drzewem czereśni i upadł. Podwórko znowu wypełniło się odgłosem smiechu. Ona smiała się najgłośniej i z największą nienawiścią... Dwa dni później Heidi, piętna­stoletnia siostra Markusa, Hinnerk, jego starszy siedemnastoletni brat, i ona spotkali się późnym wieczorem, po zapadnięciu zmroku, w piwnicy. Gałęzie rozłożystej czereśni w ogrodzie Zeissow uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Czasami ustawieni rzędem pod płotem z otwartymi ustami patrzyli w milczeniu, jak lokaj i jednocześnie ogrodnik Zeissów, stojąc na drabinie, zbiera owoce. Czekali z nadzieją do końca. Aż lokaj zejdzie z drabiny. Nigdy do nich nie podszedł. Markus wtedy schylał się i rzucał za nim kamieniem. Czasami nawet trafiał. Lokaj i tak nie reagował. Nie pamięta też, aby kiedykolwiek odezwał się do nich chociaż jednym słowem. Pamięta, że ostatnie czereśnie jadła podczas urodzin babci, la­tem 1943 roku. Pamięta także, jak babcia zamknęła drzwi prowadzące do ich kuchni, wsypała kilkanaście sztuk do poszczerbionego kamiennego kubka, owinęła go szarym papierem i nałożyła czarną gumkę do włosów. Dla Lukasa... — Zaniesiesz mu? — zapytała proszącym głosem. — Za­nieś mu teraz. I nie zapomnij przed tym zgasić światła w przedpokoju. Zaniosła. Zawsze gdy schodziła do skrytki pod podłogą w przedpoko­ju, myślała o jej pierwszym spotkaniu z Lukasem. Wystraszony mały chłopiec o kruczoczarnych włosach, ogromnych, nieomal czarnych jak węgiel oczach, siedzący skulony w najbardziej oddalonym rogu skrytki. Przez cały czas, na przemian po niemiecku i w jidysz, mówił «dziękuję». Pewnego dnia po prostu pojawil sie u nich...
Dziadek Lukasa, doktor medycyny Mirosław Jacob Rootenberg, był le­karzem. Prowadził praktykę na przedmieściach Drezna od wielu lat. Babcia Marta przez długi czas uważała, że lekarze w ogóle nie są światu potrzebni. To było dziwaczne, bo jej własny mąż sam był przecież lekarzem. Zwykła mawiać, że «tajemica medycyny polega wyłęcznie na tym, aby zająć czymś w tym czasie pacjenta, a natura i tak sama sobie ze wszystkim poradzi». Tak uważała do chwili, gdy jej syn zachorował, rok i sześć miesięcy po uro­dzeniu, na tajemniczą chorobę. Najpierw, tuż po urodzeniu się syna, zmarł na gruźlicę — którą zaraził się od pacjenta — jej mąż. Teraz umierał syn. Żaden z niemieckich lekarzy nie potrafił pomóc. Przez zupełny przypadek, dzięki radzie znajomej polskiej Żydowki, ktora tak jak ona przybyła do Dre­zna z Opola, trafiła do praktyki Rootenberga. To Rootenberg natychmiast
Соседние файлы в предмете [НЕСОРТИРОВАННОЕ]