Добавил:
Upload Опубликованный материал нарушает ваши авторские права? Сообщите нам.
Вуз: Предмет: Файл:
Kraszewski Ignacy Jozef - Dzieje Polski 17 - Ma...doc
Скачиваний:
1
Добавлен:
01.04.2025
Размер:
2 Мб
Скачать
☆

I teraz też zamiast się dłużej ucierać z Oleśnickim usiadł za stół, sparł się na rękach I milczał.

Witold rozpoczął,na nowo.

- Miejcież wzgląd na króla - rzekł - któremu korona polska, okrom pierwszych kilku lat szczęśliwych, nie przyniosła wiele pociechy.

Wy królujecie, nie on, a on cierpi za was.

Przymierza mu nie dajecie zawrzeć, jak by pragnął, dajcież małżeństwo po myśli sobie dobrać.

- Niesłuszne nam książę czynisz wyrzuty - odezwał się Oleśnicki.

- Przymierzy pilnujemy dla kraju, a małżeństwa dla króla samego nie chcemy dopuścić.

Miłujemy go jak ojca.

Spór tak rozpoczęty pomiędzy księciem a Zbyszkiem, nie rokując, aby się mógł porozumieniem skończyć, prowadzony dosyć długo, zniechęcił tylko obu ich sobie.

Król nie brał w nim udziału, pomrukiwał tylko, a gdy Oleśnicki odszedł nareszcie, Jagiełło wstał poruszony i zbliżywszy się do Witolda, rzekł stanowczo: - Nie zważając na nich, musimy swoje zrobić.

Niech potem krzyczą!

Do Polski wieźć ją do ślubu w Krakowie gorzej by było, ja sam przyjadę po nią na Litwę.

- Kiedy?

- zapytał Witold.

- Po Wielkiej Nocy?

- A, nie, długo czekać!

- żywo rzekł Jagiełło.

- Na zapusty!

Pośpiech ten może nie był na rękę Witoldowi, ale miarkował, że przeciągać było niebezpiecznie.

W powolności też wielkiej dla Jagiełły sprawy inne grały rolę wielką.

Sonka miała być przy królu szpiegiem i pomocnicą Witolda, tego się spodziewał, lecz oprócz tego chciał wymóc na królu, aby wbrew najuroczystszym zobowiązaniom swym niemięszania się do spraw czeskich, niewspomagania burzących się husytów, a nawet wbrew obietnicy uczynionej wysłania posiłków przeciwko nim mógł bezkarnie Witold wysłać do Czech Zygmunta Korybuta.

Na wszystko więc Witold gotów się był zgodzić pomagać Jagielle, ułatwiać mu ten związek, tak pilny dla starca, byle on przez szpary patrzał na wyprawę Korybutową.

Tegoż wieczora zagadnął go w sypialni książę.

- Przez twoich panów duchownych - rzekł - którzy dla Rzymu i papieża własnego interesu nie widzą, musiałeś się ty wyrzec korony czeskiej, a za tobą i ja.

Z rąk nam ją wyrwali!

Zygmunt Czechom nie da rady, a nam przepadnie królestwo!

Jagiełło uląkł się niezmiernie.

- Z Zygmuntem zawarte przymierze!

- zakrzyczał.

- A on pierwszy je złamie, gdy mu będzie potrzeba - gorąco począł Witold.

- Zresztą ani ty, ani ja nie pójdziemy do Czech...

Jagiełło uszy sobie rękami zasłonił.

- Korybut wielką ochotę ma, a my go hamować nie mamy obowiązku.

Niech idzie!

Król dawał znaki, aby milczał, lecz Witold słuchać go nie chciał.

- Szkoda kraju!

Język prawie ten sam, co w Polsce, garnie się do was, rękę tylko wyciągnąć.

Ciągle strwożony jeszcze król rękami się od słów opędzał.

- Kacerze są, niewierni, przed którymi kościoły zamykają, szatanowi służą.

Ojca papieża nie uznają.

Przeklęci są!

Witold dziwnie wykręcał ustami.

- A nam co do ich wiary?

- przerwał.

- Ja Tatarów osadzam na Litwie i daję się im, jak chcą, modlić, choć oni Chrystusa nie uznają, Żydów cierpimy wszędzie, nie mielibyśmy zaś tych, co Chrystusa inaczej jak my czczą, znosić i dawać im swobody chwalenia go wedle ich obyczaju?

- Od pogan gorsi, kacerze!

- zawołał Jagiełło gorąco i z obawą wielką.

- Słyszałem to z ust biskupów, tamci Chrystusa nie znali, co go odstąpili i od Kościoła się odszczepiają.

- Sprawa księży, nie nasza!

- przerwał Witold.

- My podbijać i powiększać państwo powinniśmy, to nasz obowiązek!

Gdy Czechy zagarnie nasz Korybut, niech potem twoi duchowni ziarno w nich od plewy oddzielają.

Jagiełło ciągle zatykał uszy.

Spoglądał z obawą na drzwi i dokoła, czy ich nie podsłuchują, drżał.

Oprócz duchownych bał się samego Boga, którego gniewem mu grożono.

Zbyszek szczególniej nieubłaganym był w sprawie husytów, namawiając, by ogniem i mieczem kacerstwo wypleniać.

Witold bez względu na to nalegał, nie ustępując.

Korybut był gotów.

Pomiędzy dwoma, Zbigniewem, który pioruny rzucał na Czechów, a litewskim księciem, który sprawę wiary oddzielał od ziemskich i państwo chciał rozszerzać, Jagiełło, lękając się obu, znajdował się w najprzykrzejszym położeniu.

Witolda nie chciał zniechęcać dla siebie z powodu małżeństwa, do którego on mu miał dopomagać, Zbigniewa zaś obawiał się, bo go nieustannie miał przy sobie i nad sobą, a on wyobrażał i większość duchowieństwa, i przeważną część senatorów i rady.

W duszy stary, znużony król był za pokojem, nie za nową wojną, obawiał się potęgi papieża i Kościoła.

Widać było z oblicza na poły strwożonego, na pół znękanego, że rozmowa ta dręczyła go i niemiłą była.

Spoglądał ku Witoldowi, jakby go o litość błagał.

Lecz właśnie stan ten Jagiełły skłaniał księcia do silniejszego następowania.

- Zygmunt Korybut bądź co bądź wyruszy do Czech - rzekł Witold.

- Na to się przygotować potrzeba.

Ja go pewnie wstrzymywać nie będę.

- Ale zaręczenie dane Luksemburczykowi!

- wołał Jagiełło cichym, stłumionym a poruszonym głosem.

- Narazimy go sobie, uczynim nieprzyjacielem.

Właśnie gdy wojna z Zakonem lada godzina nieuchronna.

- Zygmunt nigdy naszym ani niczyim przyjacielem nie będzie!

- wykrzyknął Witold.

- Znać potrzeba tego człowieka.

Jedno złoto go może pozyskać, a tego ani ty, ani ja nie dostarczym mu nigdy do syta.

Соседние файлы в предмете [НЕСОРТИРОВАННОЕ]