Добавил:
Upload Опубликованный материал нарушает ваши авторские права? Сообщите нам.
Вуз: Предмет: Файл:
Lem Stanislaw - Summa Technologiae.rtf
Скачиваний:
2
Добавлен:
01.05.2025
Размер:
1.5 Mб
Скачать

Votum separatum

Mieliśmy wprawdzie powrócić na Ziemię, ale pozostaniemy jeszcze na chwilę w niebiosach, gdyż chciałbym wypowiedzieć moje osobiste przekonanie w omawianej kwestii. Zapowiedź ta wzbudzi może zdziwienie, bo czy nie mówiłem przez cały czas od siebie, wstępując w spory z rozmaitymi hipotezami? Otóż spieszę z wyjaśnieniem, że zachowywałem się jak sędzia, samozwańczy wprawdzie, ale przestrzegający paragrafów nie przez siebie ułożonych kodeksów. Mam na myśli moją uległość względem surowych nakazów ścisłości naukowej, przejawiającą się w ucinaniu, ockhamowską brzytwą, wszelkich spekulacji. Było to chyba rozsądne. Jednakże człowiekowi chce się czasem nie być rozsądnym, na przekór oczywistościom. Dlatego; przedstawię tu mój punkt widzenia, obiecując, że potem na nowo stanę się; pokornym sługą metodologii.

A zatem, cywilizacje kosmiczne… Dopóki pytania, zadawane Naturze przez Naukę, były bliskie zjawiskom skali nam równorzędnej (mam na myśli; wyrobioną w nas, dzięki codziennemu doświadczeniu, umiejętność upodabniania zjawisk badanych do tego, co pojmujemy bezpośrednio zmysłami), dopóty odpowiedzi jej brzmiały dla nas sensownie. Gdy jednak zapytano eksperymentem: „materia, to fala czy cząsteczka?” — uważając sformułowanie za ścisłą alternatywę, odpowiedź okazała się tyleż nieoczekiwana, co trudna do przyjęcia. Więc, gdy na pytanie: „cywilizacje kosmiczne częste —czy rzadkie?” — albo: „długowieczne czy efemeryczne?” — padają odpowiedzi niezrozumiałe, pełne pozornych sprzeczności, sprzeczności owe wyrażają nie tyle stan rzeczywisty, co naszą nieumiejętność stawiania Naturze pytań właściwych. Bo człowiek stawia Naturze mnóstwo pytań, z „jej punktu widzenia” bezsensownych, pragnąc otrzymać odpowiedź jednoznaczną i mieszczącą się w drogich mu schematach. Jednym słowem, usiłujemy odkryć nie Porządek w ogóle, ale pewien określony porządek, mianowicie oszczędny („brzytwa Ockhama”!), jednoznaczny (aby go nie można rozmaicie interpretować), powszechny (aby panował w całym Kosmosie), niezależny od nas (to jest niezawisły od tego, czy i kto go postrzega), i niezmienny (to jest, by prawa Natury same nie zmieniały się z upływem czasu). Ale to wszystko są przecież postulaty badawcze, a nie prawdy objawione. Kosmos nie został stworzony dla nas ani my — dla niego. Jesteśmy ubocznym produktem gwiazdowych przemian i produktów, jakie Wszechświat wytwarzał i wytwarza ilości niezliczone. Bez wątpienia, nasłuchy, obserwacje trzeba kontynuować, w nadziei, że spotkamy Rozum, tak podobny do naszego, że poznamy go po jego znakach. Ale to właśnie jest tylko nadzieja — ponieważ Rozum, który kiedyś odkryjemy, może być tak odmienny od naszych pojęć, że nie zechcemy nazwać go Rozumem.

W tym miejscu cierpliwość życzliwego Czytelnika wyczerpuje się. Być może, powiada, że Natura udziela nam odpowiedzi niejasnych, ale pan nie jest przecież Naturą! Zamiast wypowiedzieć wyraźnie swój sąd o cywilizacjach kosmicznych, skomplikował pan całą sprawę, mówiąc o Prawach Natury, o Porządku itp., aby na koniec uciec do semantyki — jak gdyby istnienie tych jakichś rozumnych istot we Wszechświecie zależało od tego, co pojmujemy przez „rozum”! Jest to czystej wody subiektywizm, a nawet rzeczy jeszcze gorsze! Czy nie byłoby uczciwiej oświadczyć, że pan po prostu nic nie wie?

Naturalnie — odpowiadam — że brak mi wiedzy pewnej, bo i skąd ją wziąć? Być może też, mylę się i urzeczywistnione w nadchodzących latach kontakty „socjokosmiczne” ośmieszą mnie i moje wywody. Proszę mi jednak pozwolić na wyjaśnienie. Sądzę, że kosmicznej obecności Rozumu możemy nie zauważyć nie dlatego, że go nigdzie nie ma, ale ponieważ zachowuje się on odmiennie od naszych oczekiwań. Takie odmienne zachowanie da się z kolei wytłumaczyć dwojako. Najpierw można przyjąć, że nie istnieje jeden tylko Rozum, ale że możliwe są „rozmaite Rozumy”. Potem, przyjąwszy, że istnieje tylko jeden Rozum, taki jak nasz, można rozważyć, czy podczas ewolucji cywilizacyjnej nie zmienia się do tego stopnia, że wreszcie przestaje być w swych przejawach podobny do własnego stanu początkowego.

Przykładem sytuacji pierwszego typu jest zbiorowość ludzi różniących się od siebie temperamentem, charakterem itp.

Przykładem sytuacji drugiego typu jest zbiór następujących po sobie w czasie różnych stanów tego samego człowieka, jako niemowlęcia, dziecka, osobnika dojrzałego, wreszcie — starca.

Sytuację drugiego typu będziemy omawiali osobno dlatego, ponieważ istnieją określone fakty, przemawiające za taką właśnie wykładnią „kosmicznego stanu rzeczy”. Skoro zaś będzie pokrycie w faktach, możemy spodziewać się przyzwolenia — na to rozważanie — Metodologii.

Sytuacja pierwszego typu nie ma, niestety, żadnego w faktach oparcia: jest czystej wody spekulatywnym „gdybaniem”. Stąd wszystkie zastrzeżenia, jakimi obwarowałem jej omówienie.

Tak więc — rozmaite Rozumy. Nie śmiem nawet rzec, że chodzi o różne, a więc i nietechnologiczne kierunki rozwoju —bo o pojęcie Technologii można się pokłócić równie dobrze, jak o pojęcie Rozumu. W każdym razie Rozumy odmienne nie oznaczają „głupszych” czy „mądrzejszych” od ludzkiego. Za Rozum uważamy homeostatyczny regulator drugiego stopnia, zdolny sprawić się z zakłóceniami środowiska, w którym istnieje, dzięki działaniom, podejmowanym w oparciu o historycznie nabytą wiedzę. Rozum człowieka doprowadził go do Ery Technologicznej, ponieważ środowisko ziemskie odznacza się szeregiem cech szczególnych. Czy Rewolucja Przemysłowa byłaby możliwa, gdyby nie Karbon, ten okres geologiczny, w którym zapasy słonecznej energii zostały zmagazynowane w zatopionych, zwęglających się lasach? Gdyby nie powstałe, w toku innych przemian, złoża ropy naftowej? —Cóż z tego? — słyszę. — Na planetach, które nie miały swego Karbonu, możliwe jest użycie innych rodzajów energii, na przykład słonecznej, atomowej… a zresztą odchodzimy od tematu. Mieliśmy mówić o Rozumie.

Ależ mówimy o nim. Dotrzeć do Ery Atomu bez poprzedzającej ją Ery Węgla i Elektryczności byłoby niemożliwe. A w każdym razie, inne środowisko wymagałoby innej kolejności odkryć; oznacza to coś więcej od przestawienia kalendarza Einsteinów i Newtonów innych planet. W środowisku o zakłóceniach bardzo gwałtownych, przekraczających społeczne możliwości regulacyjne, Rozum może się przejawić nie w postaci ekspansywnej, nie jako dążenie do opanowania środowiska, ale jako dążenie do podporządkowania mu się. Mam na myśli wykształcenie technologii biologicznej przed fizyczną: istoty takiego świata przekształcają siebie, aby mogły istnieć w danym środowisku, zamiast, jak ludzie, przekształcać środowisko, aby im służyło. — Ależ to nie jest już działalność rozumna — to nie jest Rozum! —pada replika. — Tak zachowuje się przecież każdy gatunek biologiczny w trakcie ewolucji…

Gatunek biologiczny nie wie, co czyni — odpowiadam. — Nie on sobą rządzi, lecz Ewolucja — nim, ciskając go hekatombami na sita Naturalnego Doboru. Miałem na myśli działalność świadomą: planowaną i sterowaną autoewolucję, jak gdyby „odwrót przystosowawczy”. W naszym pojęciu nie przypomina on działalności rozumnej, ponieważ dewizą człowieka jest heroiczny atak na otaczającą go materię. Ale to jest właśnie przejaw naszego antropocentryzmu. Im bardziej różnią się od siebie warunki, panujące na światach zamieszkałych, tym większa musi być na nich różnorodność Rozumu. Jeśli ktoś sądzi, że istnieją wyłącznie drzewa iglaste, w najgęstszej dąbrowie daremnie będzie poszukiwać „drzew”. Cokolwiek dobrego można rzec o naszej cywilizacji, jedno jest pewne: rozwój jej nie ma nic wspólnego z harmonią. Przecież ta cywilizacja, zdolna unicestwić w ciągu paru godzin całą biosferę planety, pod wpływem jednej sroższej nieco zimy zaczyna trzeszczeć w spojeniach! Nie mówię tego, by „kalać gniazdo”, przeciwnie: nierównomierność rozwoju jest zapewne normą kosmiczną. Jeśli nie istnieje „jeden Rozum”, ale jego niezliczone odmiany, jeśli „kosmiczna stała intelektualna” jest fikcją, to brak sygnałów, nawet przy znacznej gęstości cywilizacyjnej, łatwiej można zrozumieć. Mnogość Rozumów, ależ tak, tylko uwikłanych we „własne sprawy planetarne”, poruszających się rozmaitymi drogami, porozdzielanych sposobami myślenia, działania, odmiennymi celami. Jak wiadomo, człowiek może być sam w nieprzeliczonym tłumie. Czyżby ten tłum nie istniał? I czy taka samotność wynika jedynie z „semantycznego nieporozumienia”?

Соседние файлы в предмете [НЕСОРТИРОВАННОЕ]