Добавил:
Upload Опубликованный материал нарушает ваши авторские права? Сообщите нам.
Вуз: Предмет: Файл:
Kraszewski Ignacy - Dzieje Polski 27 - Adama Po...doc
Скачиваний:
0
Добавлен:
01.04.2025
Размер:
1.22 Mб
Скачать

I dopiero mu było bez mała dosyć.

- Nieżonaty więc?

- zapytałem.

Suski się rozśmiał.

- Ale bo z waszmości simplex - rzekł.

- Królowie idą wzorem Salomona.

Żonaty i dzieci ma, ale to nie przeszkadza, że miłośnic ma zawsze po kilka.

Jedna albo dwie mu nie starczą!

U nas tak!

- Ano - odparłem - jeżeli u was tak, to się nie macie z czym chwalić.

Morawiec dodał: - W Polsce to nie uchodzi.

Pewnośmy też nie święci, ale choć wstyd mamy.

- Et, dajcie tam temu pokój!

- przerwał Suski.

- Sas tu inny obyczaj zaprowadzi.

Pan jest gładki i grzeczny, gdy chce, ale też, gdy się rozsierdzi, mówią, że jak dziki zwierz straszny.

Słuchaliśmy sądząc, że z nas szydzi i bajki plecie, ale później się okazało, że nie kłamał.

- Iz tego pochwalić go trzeba - mówił dalej - że do kielicha chwat, a pije jak piasek.

U nas, gdzie też za kołnierz nie wylewają, wątpię, ażeby go kto przepił.

Pije pucharami ogromnymi, a potem gotów na Bucefała siąść i w pole gnać, a gdy konia chce osadzić, to go tylko nogami ściśnie.

Strzela kulą w lot jaskółki...

- Czy nie będzie tego za wiele?

- spytałem śmiejąc się.

- Rycerz więc jest i pewnie w wojnach bywał, a w nich się już odznaczył?

- Na męstwie mu pono nie zbędnie - rzekł Suski - ale żeby hetmaniąc, wielkie szczęście miał, o tym nie słyszałem.

Widzicie, że kłamać nie chcę.

Z Turkami mu się pono nie wiodło.

Co prawda, to prawda.

Sasi tłumaczą go, że jenerał jakiś rakuski przez zazdrość go zdradzał, ja przy tym nie byłem i nie wiem o niczym.

- No - przerwał Szaniawski - chwała Bogu, żeś coś do naganienia znalazł, bom sądził, że z nas drwisz, takim go czyniąc.

Trudno powiedzieć, czy on do nas, a my do niego przypadniemy.

Jakim my z nim językiem rozmawiać będziemy, to też ciekawe.

O Contim głoszą, że rycerz jest dzielny.

Suski ręką o stół uderzył.

- Co to już o Contim mówić, kiedy, czy zechcecie, czy nie, Sasa będziecie mieli.

Nie weźmiecie go po dobrej woli, narzucą wam.

Osiem tysięcy doskonałego żołnierza stoi, słyszę, pogotowiu na granicy.

Byle Sasa dziesięciu Przebendowskiego przyjaciół okrzyknęło, wejdą natychmiast Sasi, a biskupa mamy w kieszeni takiego, co nam Te Deum zaśpiewa.

Nim się Conti dowie, że go wybrano, nim namyśli, nim wybierze, nim wujaszek pieniędzy da, nim okręta się ściągną, Sas będzie gospodarzył i Francuzi przyjdą po harapie.

- Biskup - przerwałem - żaden się przecie nie waży ogłaszać, kiedy prymas jest, i zdrów, a na nikogo nie zdał funkcji.

Za to zaś ręczyć można, iż Radziejowski Sasa nie będzie proklamował, tylko Jakuba albo Contiego.

- A ja wam ręczę, że się znajdzie biskup, co go zastąpi - rzekł Suski.

- Praktykowana to rzecz czy nie, spraktykuje się teraz.

Czyż nie widzicie, że rzeczy są ukartowane tak, iż wam go narzucą, a nie macie Zamojskiego, co by tego Maksymiliana wziął pod Byczyną, bo Jabłonowski przy jego boku stanie!

Będziemy mieli u Ojca Świętego zasługę, że od Turków nasz Sobieski Europę salwował, a z luterstwa August Saksonią obmyje; dwie dobre kreski!

Rakuski dom go też poprze, bo go w Wiedniu na rękach noszą.

- Więcej niż szwagra Jakuba?

- zapytałem.

- Co cesarzowi po takim szwagrze - wtrącił Suski - który kosztować go może, a nic nie przyniesie?

Ojcowie też jezuici coś znaczą, a oni tego kandydata prowadzą i protegują.

Zatem nie ma nam co się darmo zżymać i rzucać a warcholić, pójdziemy, gdzie nam wskażą, nie ma rady.

Wszystkim się nam smutno zrobiło, nie żebyśmy tak po Jakubie płakali, ale ten siłacz, z pozwoleniem moczymorda, rozpustnik sławny, o którym sobie rozpowiadano takie rzeczy, jakich by się największym hultajom sromać należało, na nasz tron zdał się nam wcale niepożądanym.

Nie kryliśmy się z tym, że nam ów do smaku nie przypadł.

Suski stronę jego trzymał dowodząc, że gdy Sasi się z nami połączą, łatwo Kamieniec i inne awulsa odzyskamy, wojsko porządne wystawim, przyjdziemy do ładu i do siły.

- A przy tym i to nie do pogardzenia - dodał świstak - że się Rzeczpospolita wesoło zabawiać będzie, bo August jedyny jest do urządzania festynów, maszkar, balów, widowisk teatralnych, a myśliwca nad niego nie ma lepszego i z oszczepem na zwierza idzie jak na igraszkę.

Jak nam potem począł pleść znowu o sztabach żelaznych, które Sas jak wstążki zwijał, o wychylanych pucharach, które w ręku dusił, o szaleństwach bezwstydnych z kobietami, o nadzwyczajnej dworu wspaniałości, o turniejach, festynach, zamiast gustu nam dodać do niego, do reszty go zmierził.

Gdzież było porównać tego jakiegoś sztukmistrza i kuglarza do naszego Jana, idącego w imię Boże, pod chorągwią Chrystusową, z modlitwą na ustach, z jedną tą myślą, aby chłopkowi było lżej, żeby się sprawiedliwość działa wszystkim, żeby prawo Boże panowało na ziemi!

Drwęski, który pobożny był, rzekł na zakończenie: - Bóg go chyba za grzechy zsyła na ostatnią zgubę naszą, bo takiego pana widzieć na tronie - to znak srogiego gniewu Pańskiego.

Co zostało starej cnoty, przepadnie i pójdziemy w niewolę obcą jak Skarga i Jan Kazimierz przepowiedzieli.

Fiat voluntas Tua!

Nazajutrz jechaliśmy na Wolę z innymi, patrząc, co się tam dziać będzie, ale ani ja, ani Szaniawski, ani Drwęski nie głosowaliśmy za nikim.

Za Augustem nie chcieliśmy, grzechem się nam zdało; za Contim głos by nasz przepadł, za Jakubem już nikt się prawie nie odzywał.

Świadkami byliśmy, gdy się elekcja na dwoje rozdarła.

Z głosów wnosząc widocznym było, że Conti miał znaczną większość za sobą, ale Augustowi wrzask ogromny czynili, wołali, hukali, straszyli i koniec końcem jedni i drudzy pośpieszyli odśpiewać Te Deum.

W niepewności i zawieszeniu wszystko potem pozostało, ale jedna rzecz jawną była, iż po Janie żaden z jego synów korony nie odziedziczy.

Królowa i Jakub pieniędzy wysypali dosyć na przepadłe imię, Polignac wydał do ostatniego grosza, bo jeszcze na Woli głosy kupowano.

Statyści po Warszawie zaczęli głosić: - Teraz kto pierwszy do młyna zajedzie, ten będzie mełł.

Lecz łatwo było przewidzieć, nie będąc prorokiem, że Sas, stojący już pogotowiu na granicy, Francuza uprzedzi, który przez morze tylko mógł się dostać do Polski, a wojska z sobą wiele przyprowadzić nie sposób mu było ani go tu tak na poczekaniu ściągnąć.

Po elekcji poszedłem rankiem do księdza biskupa kijowskiego, który zawsze bywał łaskaw na mnie, dowiadując się, co o tym ewencie przyjaciele Sobieskiego myśleli.

Znalazłem go wielce przygnębionym i smutnym.

- Rzecz ci to jeszcze nie rozstrzygnięta - odezwał się na moje pytanie.

- Mamy choć słabą nadzieję, że Conti się utrzyma, a ten Herkules saski, którym nas straszą, ustąpić będzie musiał.

Elekcja to osobliwa, bo nie tylko większości nie miał, ale zaledwie go część jakaś wywoływała.

Radziejowski prymas znać go nie chce, znaczniejsza część panów senatorów z nami trzyma, szlachty też dosyć rakuskiego protegowanego nie życzy.

Jeżeli Conti prędko przybędzie, a król francuski, jak się spodziewać należy, wyposaży go dobrze, poprze silnie, może się jeszcze wszystko zmienić na lepsze, choćby Sasa i ogłoszono, a bodaj ukoronowano.

Elekcja w najmniejszej rzeczy ważną nie jest, wedle prawa wcale na nic się nie zdała.

My będziemy na Contiego czekali, wyglądając go kędyś u Gdańska!

Taką nadzieją byli w początkach ożywieni prymas, biskup kijowski, wojewoda Kątski, wszyscy przyjaciele Sobieskiego dobrze Rzeczypospolitej życzący, ale wszystko to się wniwecz obróciło.

Elekcja Sasa, okrzyknięcie, koronacja szparka, objęcie rządów, wszystko było jakimś kuglarskim sposobem obmyślane, wykradzione, narzucone.

W co się tu wolne głosy narodu obróciły!

Nie było prawdy za grosz w niczym - udanie, kłamstwo, zahukanie.

Czego się to było można spodziewać po panowaniu, które się od tego poczynało, że król dla korony wypierał się swojej wiary, jaką by ona tam była, a drudzy powiadali: "Wiary nie zmienił, bo zmienić można tylko, co się ma, a on żadnej nie miał nigdy"!

Jezuitom w oczy rzucano: "Apostata jest i bezbożnik"!

Odpowiadali: "Mniejsza o to, syna jego wychowamy tak, że bez nas nie stąpi, żonę mu damy pobożną i w rodzinie wiarę ugruntujemy".

Gdy August przybiegł, na wszystko się godząc, byle tylko koronę pochwycić, ktoś jego wybór i wstąpienie na tron w paskwiluszu nazwał komedią w pięciu aktach!

Akt pierwszy: Król bez dyplomu elekcyjnego.

Akt drugi: Pogrzeb bez zwłok i trumny (Sobiescy bowiem ciała króla nie dali).

Akt trzeci: Sejm bez posłów.

Akt czwarty: Koronacja bez prymasa.

Akt piąty: Protestacje bez skutku.

Po elekcji anim miał po co, ani chciałem dłużej w Warszawie siedzieć i patrzeć na smutne te dzieje.

Postanowiłem wracać do domu.

Poszliśmy z Szaniawskim pieszo ostatnią odprawić żałobną pielgrzymkę do Wilanowa.

Oba zahartowani, starzy, do łez nieskłonni, chodziliśmy po tym opustoszałym pałacu i ogrodzie, oczy ocierając.

Stał przed nami ten pan nasz uśmiechnięty, choć umęczony, z piłką i nożykiem w ręku, lubujący się drzewkom swoim.

Słyszałem to nieraz z ust jego: "Toć jedna istota jest, co wdzięcznością być umie, da mi kwiatek i owoc za moje staranie".

Wszędzie tu po nim pozostały ślady albo ręki, albo myśli jego, ale z nim kończyło się wszystko.

Żadne z dzieci jego ducha, serca, rozumu, charakteru nie przejęło.

Gdziekolwiek ta kobieta dotknęła czego, splugawiła i zniszczyła.

Patrzyliśmy z boleścią na sadzone przez niego drzewka, o które teraz nikt nie dbał.

Ogrodnicy szukali służby i rozłazili się.

Pałac stał pustkami, książki, które on tak lubił, a miał ich tyle, na kupę pozrzucano, nikt się teraz nie tknął.

Gdzie komu z nich książka była w głowie?

Ruina bliska patrzała zewsząd.

Zwłoki jeszcze nie pochowane stały, a po nim już tylko u ludzi wspomnienie zostało i baśnie, jakby go od stu lat pogrzebiono.

Córka za niemieckim księciem, syn z Niemką ożeniony, wdowa ni Polka, ni Francuzka, do żadnego się narodu nie przyznająca.

Młodsi synowie w perukach.

Gdzież tu było szukać potomstwa po Sobieskim, który do ostatniej godziny Polakiem był, polskim szlachcicem do szpiku kości!

A wszystko to przez jedną kobietę, jedno nieszczęśliwe ożenienie!

Jego ona przerobić nie potrafiła, ale dzieła i myśl bohatera zniszczyła.

Już przed zgonem, gdy z Załuskim o bliskiej swojej mówił śmierci, widać było, iż zrezygnowany na to patrzył, że po sobie nic trwałego nie pozostawił, krom chorągwi Mahometa w Rzymie i imienia obrońcy chrześcijaństwa.

O nic się też dla siebie nie dopominał, a mówiąc o wyprawie wiedeńskiej, gdy ową straszną chwilę pod Parkanami przypomniał, w której cudem z życiem uszedł, dodawał: - To mi zapłaciło za wszystko, żem sześć meczetów tureckich na kościoły obrócił.

Czasu tego pochodu pod Wiedeń, dokąd się czuł głosem Bożym powołany, jeszcze na Jakubie pokładał nadzieje, jeszcze się nim cieszył jak spadkobiercą, ale myśmy widzieli, mówić nie śmiejąc, że młodego pana nic polskiego, nic naszego nie pociągało ku sobie.

Oddawał, co miał najlepszego księciu bawarskiemu, Waldeckowi, innym, z nimi rad przestawał, nad wszystko się pragnąc cudzoziemcom przypodobać, z Polakami ani się przyjaźnił, ani przestawał; gminem mu się wydawali.

W królu był szlachcic jeszcze, w nim z Francuzki narodzony królewicz.

Zamiłowanie to w obczyźnie z matki wziął, która Polką się być oświadczając, nic nigdy w sobie polskiego nie miała.

Pożegnawszy Wilanów, tak jakbym się z całą młodością moją pożegnał, wybrałem się precz z Warszawy z tym stałym postanowieniem, aby na wsi zamieszkać i Pana Boga chwalić, na świat się więcej nie wydobywając.

O dalszym też życiu moim mało co mam do zapisania, było to powszednie nasze życie szlacheckie wedle prastarej modły, bo się po wsiach mało co od wieków zmieniło.

Powróciłem spodziewany i oczekiwany do Polanki, dając szwagrowi dotrzymywać dzierżawę jej, a sam sobie tymczasem dwór po myśli urządzając tak, aby i mnie był miły, i rodzicielskich pamiątek nie pozbył.

W ciągu tych lat włóczęgi mimo woli, nieznacznie uzbierało się rupieci różnych bardzo wiele.

Patrząc na to, jak drudzy kosztowny oręż, osobliwe uzbrojenia, sprzęt różny nabywali, a kochali się w tym, choć pieniędzy wiele nie miałem do tracenia, bo się i przyjaciołom wygadzało, i sobie nie było potrzeby żałować, takżem tu i ówdzie coś stręczącego się tanio nabył.

A że służba trwała dość długo, naściągało się tego sporo, tak że gdym w ostatku dwór porzuciwszy, wszystkie moje skrzynie, kufry, sepety i węzełki pościągał z Jaworowa, z Żółkwi, ze Lwowa, zdziwiłem się sam, jaka to moc tego się znalazła.

Niektórych skrzyń tak się zapomniało, żem sam potem nie wiedział, co w nich znajdę.

Prawda, że od wiedeńskiej potrzeby poczynając, na Węgrzech, potem w Mołdawii, po miastach i obozach ciągle się narzucały różne osobliwości.

Z naszych żołnierzy, co który miał, to potrzebą przyciśnięty za lada grosz oddawał.

Więc, ratując, trzeba było brać niepotrzebne rzeczy.

Gdy się raz ludzie dowiedzieli, że ja to kupuję, co się nikomu na nic nie zdało, nasyłali na mnie z lada łomem.

Każdy szedł jak w dym, aż się czasem śmiać chciało.

Ano między tymi łupami były i piękne, takie, których mi potem możniejsi ludzie zazdrościli.

W Warszawie u Żyda kupiłem szpalery stare tkane, flamskiej roboty, z historią Dawidową, które gdym potem oczyściwszy je, na ścianach u siebie rozwiesił, wydziwić się im nie mogli.

Te później do kościoła ofiarowałem.

Tureckich namiotów cale ochędożnych miałem kilka, broni też, buńczuków i zbroi zebrało się dosyć.

Szyszak jeden srebrny trybowany, złocony, com go w Mołdawii za małe pieniądze kupił, drogo mi płacić chciano, ale frymarczyć nie lubiłem i pozostał u mnie.

Złotnicy go na kilkaset złotych cenili.

Srebro pono niewielkiej było próby, ale robota wyśmienita.

Samych kobierców ważnych, perskich i tureckich, niemały cały wóz nabity przyciągnąłem z sobą do Polanki.

Sam jeden, nie mając w początku co robić, bo szwagier się sam około roli parał, wziąłem się do porządkowania mojej rezydencji wedle fantazji a na wzór tego, co się po świecie widywało.

Ludzie mi to potem bodaj za złe poczytywali sądząc, że im tym imponować chciałem, alem się po prostu durzył tym i nic więcej.

Siostra mnie zaraz żenić by była chciała, choć szpakowaciałem, i byłaby mi panien urodziwych dosyć napytała, alem żadnej nieszczęśliwą czynić nie chciał, serca do żadnej nie mając.

Kobiety mi też przez królowę i jej fraucymer obmierzły, bom się takich napatrzył, że wstręt do całego rodzaju niewieściego powziąć od nich było można.

Samo wspomnienie Boncourowej starczyło.

Ta wielką miała ochotę zrazu pomścić się na mnie, próbowała mi na różne sposoby szkodzić, lecz się jej nie powiodło.

Podupadła potem wielce i była jednego razu w takiej potrzebie, że się do mnie uciekła o ratunek.

Przebaczywszy jej, pomogłem w istocie.

Wydała się na ostatek za starego Francuza, kuchmistrza królowej, bardzo już na małym przestając, gdy wprzódy wysoko patrzyła.

Zwał się Petit, tłusty, łysy, brzydki, ale bystry człek, grosza sporo sobie, tłustości szumując, przyzbierał.

Podobał sobie ją, choć wiedział, kogo bierze, i do ołtarza idąc oświadczył, że brykać nie dopuści, a twarde mięso zwykł bijać, dopóki nie zmięknie.

Żyli potem z sobą podobno w zgodzie i dostatkach, choć drudzy twierdzili, że się jej po bokach dostawało i bywało różnie.

Bóg tam z nimi!

Byłem już na wsi, gdy wieść doszła i do nas, że Conti z Francuzami na okrętach wojennych przybył do Gdańska.

Mówiono o wielu tysiącach rycerstwa.

Wszystko u nas zakipiało po staremu przeciwko rakuskiemu elektowi i Niemcom, ruszali się panowie niektórzy, niepokoiła ich szlachta, ale nie było jej komu prowadzić.

Dowiedziałem się, że wojewoda kijowski pobiegł do Gdańska.

Rozesłał ktoś okólnik, aby kto żyw, sub poena perduellionis przy Contim stawał, a tuż drugi, idemm, aby się nikt ruszyć nie ważył.

Przyleciał do mnie Morawiec we trzy konie namawiając z sobą: - Jedźmy!

Ochoty nie miałem najmniejszej ani ufności, aby co z tego dobrego wyrosnąć mogło, ale jak mnie zaczął molestować, namawiać, prosić, w końcu podedrwiwać, żem ja już do niczego zeszkapiał, kazałem ludziom i koniom do podróży się sposobić; kupić nie kupić, potargować można.

Powiedziałem Morawcowi z góry: - Do niczego ręki nie przyłożę, póki się nie przekonam, że tam siła jest i ład, bo darmo w kraju niepokój szczepić - grzeszna sprawa.

Pojedziemy się rozpatrzyć, z czym ten Conti przybywa i kto z nim idzie.

Morawiec na upartego mi dowodził z tego, co słyszał, że senatorowie zewsząd z wojskami nadwornymi i nowymi zaciągami pod Gdańsk pospieszyli.

Szwagier i siostra na żaden sposób puszczać mnie nie chcieli, alem ich uspokoiwszy, wyruszył z Morawcem.

Z kopyta poszło zrazu bardzo ostro a spiesznie, po drodze języka dostając, który tak sprzeczny był, że się z niego nic nauczyć nie mogliśmy.

Co godzina, to nowina.

Jedni twierdzili: "Z imprezy tej nie będzie nic; Sasi do kraju weszli, król ukoronowany, panowie akcesa robią ciągle, łączą się z wybranym, prymas nawet zmiękł".

Drudzy mówili: "Sasa z ramienia rakuskiego nikt nie chce znać, do Contiego i Francuzów garnie się wszystko".

Conti, hetman wielki, godzien być Sobieskiego następcą.

Słyszeliśmy, że już przy nim byli Załuski, Kątski, Leszczyńscy, Potoccy i innych wielu.

Przepowiadano, że byle się Conti ruszył spod Gdańska, wymiecie Sasów i śladu po nich nie zostanie.

Przypominano Maksymiliana itp.

Wszystko to tak różnie brzmiało, żeśmy musieli dotrzeć aż do miejsca dla sprawdzenia.

Mnie też i tego miasta, któregom nie znał, a wiele o nim słyszałem, ciekawość brała.

Jechaliśmy śpiesząc, co koni stało.

Dziwiło nas tylko, iż owych wojsk, o których rozpowiadano, że się zewsząd ściągały, nigdzieśmy po drogach nie spotkali.

Szlachty też, ochotnika bardzo mało.

Dociągnęliśmy na ostatek do miasta, jak dziś pamiętam, rankiem pogodnym.

Wrota murowane jak do twierdzy, straż przy nich miejska, cale porządnie uzbrojona.

Tuśmy wszakże musieli przystanąć, bo właśnie oddział dragonów wychodził precz.

Patrzę, przyglądając się im, i poznaję Żebrowskiego, starego namiestnika, któregom znał z Wojen za króla Jana.

- Czołem panu namiestnikowi!

- zawołałem.

Zdziwiony stary stanął wąsa pokręcając.

- A wy tu co robicie?

- zapytał.

- Przybywam, gdzie i drudzy - rzekłem - nowemu królowi służyć.

Pewnie w pole Conti wyciąga?

Żebrowski się przeżegnał oglądając.

- Ano, w czaseście się wybrali - odparł.

- Francuz nam komplementów naprawił siła, ale go już nie ma.

Zawinął się, siadł na okręt, na którym przybył, i żegluje już z powrotem, nas w saku pozostawiwszy!

Aż po mnie ciarki poszły.

Wtem stary namiestnik pokłonił mi się i dalej ruszył.

- Jedźcie do miasta, dowiecie się resztę.

W mieście zastaliśmy rumor wielki, poruszenie, bieganinę.

Zaraz w pierwszym rynku na dworzanina biskupa Załuskiego natknąłem się.

- Jesteście tu?

- przywitałem go z radością.

- Jesteśmy, to jest, byliśmy - odparł zagadnięty - dziś lub jutro na powrót do Warszawy się wybieramy, nie ma tu już co robić, Francuz na okręt wsiadł i uszedł.

Spojrzałem na Morawca.

- A co?

Jechaliśmy do gospody.

Pełne były niemal wszystkie przybyłych na powitanie nowego króla, który gdy się rozpatrzył, że gotowej armii na rozkazy nie ma, a rozsłuchał o Sasach i o akcesach, wojować mu się odechciało i przeprosiwszy adherentów swych, nazad do Francji nawrócił.

Cóż tu było robić?

Pieprzu i korzennych przypraw kupiwszy do domu, po pięknym mieście i kościołach na zbory poprzerabianych rozglądnąwszy się, koniom wypocząwszy, z drugimi wraz przy czarnym piwie gdańskim na dolę naszą nabiedowawszy dosyć, musieliśmy do domów nawracać.

Ostatnia to była znaczniejsza podróż moja i pokuszenie się...

Siadłem potem w Polance rozpamiętywać praeterita.

KONIEC.

Posłowie.

Powieść Adama Polanowskiego...notatki powstała w ostatnich miesiącach życia Kraszewskiego i wyszła drukiem już po jego śmierci.

Z gorączkowym pośpiechem pisał Kraszewski ostatnie tomy swego imponującego cyklu powieści historycznych, które objęły dzieje Polski od czasów bajecznych do panowania ostatniego króla.

Toku pracy twórczej nie przerwał proces polityczny, celowo i sztucznie wyolbrzymiony przez pruskie sądownictwo, ani surowy wyrok czteroletniej prawie kary więzienia, zabójczy dla starego, schorowanego człowieka.

W więzieniu powstaje Boży gniew, Na królewskim dworze, Król w Nieświeżu oraz kilka powieści obyczajowych.

Wyrok nie został wyegzekwowany do końca.

W sierpniu 1885 roku obłożnie chorego pisarza zwolniono z więzienia za poręczeniami i wielką kaucją pieniężną.

Ale najstaranniejsze leczenie w uzdrowiskach francuskich, włoskich i szwajcarskich nie mogło już podtrzymać gasnącego życia.

Kraszewski zmarł 19 marca 1887 roku w Genewie, zwłoki spoczęły w Krakowie na Skałce, w krypcie zasłużonych.

Okres panowania króla Jana III Sobieskiego z wielu powodów skupiał zainteresowanie Kraszewskiego historyka i powieściopisarza.

Były to bowiem lata potęgi oręża polskiego, uwieńczone świetnym zwycięstwem pod Wiedniem, które zadecydowały nie tylko o dalszych stosunkach polskotureckich, ale również o układzie sił politycznych w południowowschodniej Europie.

Nic więc dziwnego, że w latach niewoli politycznej narodu polskiego publicyści i pisarze chętnie wracali do świetnej Wiktorii wiedeńskiej, a rocznice zwycięstwa zwiększały jeszcze dodatkowo i tak wielkie zainteresowanie tym faktem historycznym.

Powieść Adama Polanowskiego...notatki jest powrotem Kraszewskiego do epoki już niejeden raz ukazywanej.

Okres wspaniałych zwycięstw oręża polskiego, ostatnich przecież w dziejach Polski, stał się tematem wielu powieści tego znakomitego pisarza.

Historia o Janaszu Korczaku i pięknej miecznikównie (1875) opisuje walki rycerstwa polskiego na kresach w latach panowania Sobieskiego, Żywot i sprawy Imci Pana Medarda z Gołczwi Pełki (1878) z wielkim humorem kreślą przygody szlachcica Pełki, który przewojował całą młodość, Cet czy licho (1882) pokazują nam osobę króla Jana III i zwycięstwo pod Wiedniem".

Nowa powieść o czasach Sobieskiego ma inny charakter aniżeli wcześniejsze.

W tamtych na plan pierwszy wysuwały się przygody dzielnych wojaków na szerokim tle historycznym.

W Adama Polanowskiego...notatkach osią powieści jest król Jan III i burzliwy okres życia politycznego kraju rozrywanego od wewnątrz waśniami, a od południa zagrożonego nawałą turecką.

Utwór pokazuje nam wypadki historyczne od roku 1673 do 1697.

Bohater tytułowy, Adam Polanowski, zaciągnął się w szeregi dworzan Sobieskiego, gdy ten już jako hetman przebywał we Lwowie, przygotowując się do wyprawy zakończonej świetnym zwycięstwem chocimskim, a porzucił dwór królewski po fakcie obioru następcy zmarłego władcy.

Przed oczyma czytelnika przesuwają się kolejno wszystkie ważniejsze sprawy polityczne kraju: wybór Sobieskiego na króla, dalsze walki w obronie południowych granic kraju, z odsieczą wiedeńską, sploty zawiłych intryg politycznych, motanych rączkami pięknej Marysieńki Sobieskiej.

Kraszewski był świetnym znawcą ojczystej historii.

Fakty tu przedstawione są nie tylko prawdziwe, autentyczne, ale pokazane z kronikarską dokładnością.

Na kartach powieści ożyli autentyczni bohaterowie tych czasów i to nie tylko władcy państw, książęta, posłowie, ale i zwykli ludzie, np.

dworzanie królewscy, których nazwiska przekazały zapisy pamiętnikarskie.

Z całej historii Polski wyprawa wiedeńska była najczęściej przypominana, najchętniej badana, najbardziej znana, utrwalona w historii i legendzie.

Osoba Jana III znalazła w historiografii XIX wieku licznych piewców i to nie tylko wśród Polaków.

W roku 1844 wydana w Paryżu monografia pióra historyka Salvandyego była entuzjastyczną pochwałą polskiego władcy i przez długi czas stanowiła podstawę polskiej wiedzy historiograficznej o Sobieskim.

Z niej czerpał np.

Leon Rogalski, autor pracy Dzieje Jana III Sobieskiego (1847).

W kręgu tej legendarnej koncepcji sylwetki zwycięzcy spod Wiednia powstały szkice historyczne Karola Szajnochy: Opowiadanie o Janie III.

Mściciel (1860), w których Sobieski przedstawiony został jako wódz ze stali, a jego heroiczna droga wywiedziona została z rycerskich tradycji rodziny i wychowania przez surową matkę-Polkę, pokazującą synowi walkę z półksiężycem jako główny cel życia.

Nowy okres w widzeniu sylwetki Sobieskiego zaczął się od poznania bogatej korespondencji małżonków.

Odpisana najpierw z prywatnych archiwów przez pracowitego Bandtkiego, wydana po latach przez Antoniego Helzla (1860), mimo skreślenia wielu intymnych wynurzeń, pokazała zamiast posągowego Salvatora spod Wiednia prawdziwe ludzkie oblicze Sobieskiego, w życiu którego obie wielkie pasje: namiętna miłość do żony i wojenna gloria splatały się w sposób zgoła przedziwny i bynajmniej nie tak pouczający dla potomnych, jak dla wychowania młodych Polaków utrwaliła je legenda.

Dosyć trudno byłoby ściśle ustalić, z jakich historycznych źródeł korzystał Kraszewski.

Znając jego sposób przygotowywania materiałów do powieści historycznych, można przypuszczać, że i tym razem sięgnął nie do gotowych monografii, ale raczej do archiwów dyplomatycznych oraz do pamiętników rycerzy, dworzan i gości przebywających wówczas w kraju.

Oczywiście Kraszewski nie zbierał tych materiałów w okresie pisania powieści, lecz korzystał z notatek gromadzonych pracowicie przez całe swoje życie.

Jednym z najpoważniejszych historycznych źródeł była dla Kraszewskiego prywatna korespondencja małżonków Sobieskich, wykorzystana przez autora w sposób odważny i ładny.

Sobieski pokazał w powieści nie tylko swoją dzielną rycerską rękę, nie tylko zmysł naczelnego wodza, ale swoją prawdziwą ludzką twarz.

Kraszewski nie zawahał się przytoczyć wielu urywków z miłosnego słownika zakochanego króla; pokazał przysłowiową "jedwabną nitkę", na której był przez całe życie prowadzony przez żądną władzy Marysieńkę Sobieską, a pominął wielkie skandale, które towarzyszyły okolicznościom ślubu Sobieskich zaczynając akcję powieści dopiero w kilka lat po tych faktach.

Powieść ma formę pamiętnika.

Wybór jej nie był przypadkowy.

Burzliwy wiek XVI i XVII jest okresem bujnego rozwoju tego rodzaju literackiego.

U schyłku życia z tęgich "rębajłów" wyzwalali się nieoczekiwanie doskonali pamiętnikarze, którzy pozostawiali wspomnienia nie tylko wartościowe dla wiedzy historycznej, ale również na wysokim poziomie literackim.

Do takich właśnie pamiętnikarzy należą np.: Jan Chryzostom Pasek czy Łoś "towarzysz pancerny".

Czytelnika powieści historycznej interesuje jednak najbardziej problem, jak daleko sięga w tekst autentyzm, a skąd zaczyna się fikcja literacka.

O historycznym otoczu postaci króla Jana III pisałam powyżej.

Ale czy autentyczna jest postać i sprawy bohatera tytułowego Adama Polanowskiego?

Nie jest to jednak łatwe do rozstrzygnięcia.

Kraszewski korzystał bowiem nie tylko z takich źródeł historycznych, jak ówczesne akta polityczne i dokumenty państwowe, które spisane i uporządkowane są stosunkowo łatwo dostępne badaczom.

Korzystał on również z innych materiałów, jak pamiętniki i korespondencja; korzystał też z różnego typu przekazów ustnych jeszcze dostępnych w jego latach i właśnie do tego typu informacji "świadków epoki" przywiązywał wielką wagę.

"Proste kronikarza słowa wymowniejsze są pospolicie od najwymowniejszych wyrobów stylu; współcześni są jakby odgłosem czasu i malują go najlepiej" - pisał Kraszewski w roku 1856 o przydatności tych właśnie źródeł do celów powieściopisarstwa i pogląd ten zachował do końca swego twórczego życia.

Pamiętniki i korespondencja nie zostały spisane z taką samą pieczołowitością, jak dokumenty państwowe, również z tego powodu, że ich wielka część była własnością prywatną i takim spisom nie podlegała, a kolejne wojny zmniejszyły poważnie ich zasoby.

Z tego, co zostało ocalone i ujęte w spisy, można się zorientować, że zachowało się mnóstwo pamiętników z tej epoki.

Pisali je nie tylko dowódcy wojskowi, senatorowie, ale sam król Jan III i różni ludzie na niższych szczeblach hierarchii ówczesnego społeczeństwa, uczestnicy szeregowi wypraw wojennych, inżynierowie, biorący udział w wyprawach, zwłaszcza oblężeniach twierdz, dworzanie, cudzoziemcy, których wielu kręciło się przy dworze.

Ale nie ma wśród nich pamiętnika Adama Polanowskiego, lub inaczej jeszcze, taki pamiętnik nie został w bibliografiach odnotowany.

W roku 1658 Maria Kazimiera dArquien, wychowanica królowej, żony Jana Kazimierza, wydana została przez nią za mąż ze względów politycznych za magnata Jana Zamojskiego, wnuka wielkiego kanclerza (uwiecznionego w Potopie H.Sienkiewicza, za świetną obronę Zamościa przed Szwedami).

Jednakże między zakochanym Sobieskim a niezadowoloną z małżeństwa Marysieńką doszło rychło do intymniejszych związków, które znowu pod protektoratem królowej uwieńczone zostały małżeństwem zawieranym rzekomo dwa razy: pierwszy raz zaraz po śmierci męża, tak że Marysieńka pojechała na pogrzeb Zamojskiego już jako pani Sobieska, a drugi z wielką paradą trzy miesiące później.

Marysieńkę podejrzewano nawet o przyśpieszenie zgonu Zamojskiego.

Jest to tylko jedna strona zagadnienia, gdyż w herbarzach odnotowany jest ród Polanowskich, pieczętujący się dwoma herbami: Pobóg i Starykoń, szeroko rozrodzony, ale mało zamożny.

Zamieszkiwał i w ziemi krakowskiej (linia herbu Starykoń), druga linia herbu Pobóg wrosła w ziemie Podola, Rusi Czerwonej, Wołynia i Podlasia.

Wybił się z tego rodu tylko jeden jego członek, Aleksander, pułkownik wojsk królewskich, który 30 lat spędził w obozach wojskowych, przyczynił się do zwycięstwa oręża polskiego pod Kałuszynem i Słonimem, a w czasie elekcji 1669 roku przeżywał największy triumf dostępny człowiekowi jego stanu, był szlacheckim kandydatem do tronu polskiego.

Uważny czytelnik powieści łatwo zauważy, że tytułowy bohater powołuje się na nazwisko i zasługi swego znakomitego krewniaka, ale równocześnie wyraźnie opowiada się jako jego daleki kuzyn.

Sprawa to nie bez znaczenia.

Herbarze nie odnotowują bowiem Polanowskiego imieniem Adam.

Ale istnieje pamiętnik z wyprawy wiedeńskiej jakiegoś Polanowskiego o nieznanym imieniu, który przedstawia się jako bratanek sławnego pułkownika.

Sumując, stwierdzić można, że Kraszewski szedł po śladach autentycznych: ród określony, osiadły na nazwanych zgodnie z herbarzem terenach, zasłużony bardzo w walkach z Turkami i Tatarami, jego członkowie brali udział w wyprawie wiedeńskiej.

Te stosunkowo szczupłe dane autentyczne uzupełnił sytuacją fikcyjną, ale bardzo typową dla ówczesnych stosunków, umieszczając młodego krewnego zasłużonego dowódcy wojskowego na dworze królewskim i zapewniając mu właśnie taki typ kariery, która mogła być marzeniem człowieka w jego sytuacji życiowej, i równocześnie marzeniem łatwym do ziszczenia.

Kraszewski był jednak nie tylko powieściopisarzem, ale i badaczem historii, znanym ze skrupulatności i bynajmniej nie chciał sugerować sytuacji nie istniejącej.

Uważny czytelnik sam i bez herbarzy może powziąć przypuszczenie, że Adam Polanowski nie jest postacią w pełni autentyczną.

Pokazuje to małe ukonkretnienie danych osobowych bohatera pamiętnika, który nie podał herbu, nie podał imienia ojca, nazwiska rodowego i herbu matki, a od tego zaczynają się typowe autentyczne wypowiedzi pamiętnikarskie autentycznych pamiętnikarzy.

Skrupulatny badacz może tu zresztą stwierdzić małe przeoczenie autora.

Polanka, wieś rodowa, do której Adam Polanowski wrócił na starość, w rzeczywistości leżała w Krakowskiem, a nie "koło Łucka", skąd wywodził się "pamiętnikarz", i co ważniejsze, od przeszło stu lat nie należała już do Polanowskich.

Ale w rzeczywistości są to sprawy bez większego znaczenia.

Wierność autentycznym sytuacjom, wierność różnym drobnym szczegółom nie jest bowiem równoznaczna z powstaniem powieści dobrej, głęboko i ciekawie ujmującej epokę.

Dobra powieść powstaje wówczas, gdy postać tytułowa jest świadkiem istotnych wypadków historycznych, a linia jej życia kształtowana jest nie tylko przez los indywidualny (rodzina, środowisko, uzdolnienia), ale również przez sytuacje polityczne (tu: cechy osobowe władcy, wojny, ich wpływ na życie bohatera powieści).

W dobrej historycznej powieści postać tytułowa taka jak Adam Polanowski musi przeżyć o wiele więcej i widzieć o wiele więcej, aniżeli zdarzyć by się to mogło w autentycznej jednostkowej biografii dworzanina.

I tu dochodzimy do sprawy następnej: roli formy artystycznej przyjętej przez Kraszewskiego, formy pamiętnika, spisywanego u końca życia.

Z jednej strony wybór formy pamiętnika oddawał zwyczaj ówczesnej epoki, której świadkowie zdawali sobie sprawę z doniosłości przeżywanych faktów i chcieli je uwiecznić dla potomności.

I rzeczywiście pamiętniki te spełniły pokładane w nich nadzieje, np., pamiętniki Paska, wydane drukiem dopiero w 1836 roku, stały się artystyczną inspiracją dla wielu ówczesnych pisarzy, między innymi A.Mickiewicza, H.Rzewuskiego i H.Sienkiewicza.

Były to pamiętniki raczej z codziennego życia, przynoszące więcej obrazów obyczajowych, aniżeli politycznych, a wojny, w których Pasek brał udział, oglądane były rzeczywiście oczyma jednego z przeciętnych umysłowo uczestników, i z tej pozycji oceniane.

W powieści Kraszewskiego sposób wprowadzenia pamiętnika jest nieco inny.

Jest on przyjęty jako punkt wyjścia i literacki sposób organizacji materiału powieściowego.

Forma pamiętnika, rzecz bardzo istotna, nie ciąży na powieści i nie ogranicza obrazu epoki do granic poznania jednego człowieka i to stosunkowo mało wykształconego, jakim był Adam Polanowski.

Na postać króla i epokę patrzy bowiem sam Kraszewski i ocenia zjawiska z punktu widzenia nie tylko XVII wiecznego szlachcica, ale również przemyśleń końca XIX wieku, dzięki czemu otrzymujemy jak gdyby dwie płaszczyzny ocen.

Ten znakomity sposób tworzenia obrazu historycznego oraz uzyskane bogactwo rysów społecznie typowych zadecydowało łącznie o powstaniu dobrej powieści.

Zwycięskie bitwy nie przesłoniły Kraszewskiemu tragicznej, wewnętrznej sytuacji kraju, destruktywnej roli magnackiej prywaty i zaciekłości walki stronnictw politycznych, która trwała przez cały okres rządów, a szczególnie ostro rozgorzała po śmierci Sobieskiego.

Natomiast Kraszewski nie zdawał sobie sprawy z błędów zagranicznej polityki Sobieskiego.

Z wielką żarliwością kreślił sukcesy polskiego oręża, nie stawiając sobie istotnego pytania, czy wieloletnia wyniszczająca wojna z Turcją podyktowana była rzeczywiście koniecznościami i interesami polskiej racji stanu, czy podjęta była z inspiracji państw ościennych, a może magnackich planów dynastycznych.

Dopiero odpowiedź na te pytania pokazałaby epokę wojen w rzeczywiście właściwym świetle, rozdzieliłaby obszary interesów Rzymu, dynastii Habsburgów i dynastycznych planów samego Jana III.

I wówczas sylwetka Jana III straciłaby kilka Innych jeszcze cech legendarnych, np., opinię niestrudzonego "obrońcy Krzyża Świętego" i byłaby jeszcze bardziej zbliżona do prawdziwego historycznie Sobieskiego.

To jest niewątpliwie niedostatkiem tej powieści.

Wielkim natomiast osiągnięciem Kraszewskiego jako historyka i pisarza jest tak bardzo nowatorska, w porównaniu z wiedzą jego epoki, koncepcja sylwetki Sobieskiego jako króla i człowieka, opracowana na podstawie samodzielnie przemyślanego materiału historycznego.

Kraszewski bardzo trafnie wyczuł prawdziwy historycznie kierunek wyjaśniania zjawisk epoki i na tym tle postaci Sobieskiego.

Kierunek ten, trzeba to podkreślić, jest zgodny z pracami późniejszych badaczy, historyków i literatów, np., ze świetną książką T.Boya-Żeleńskiego Marysieńka Sobieska.

Соседние файлы в предмете [НЕСОРТИРОВАННОЕ]